poniedziałek, 16 września 2013

Goście, goście...co dwie godziny nowi


Mija pół roku od naszego zamieszkania w Mumbaju. Nasza codzienność wreszcie się ukonstytuowała. Lea zadomowiła się w Bollywood, ja zaś nieco oswoiłam się z indyjskim stylem pracy. Ale dziś będzie o zwykłym dniu spędzanym w domu – pewnie też tak czasem macie, że, mimo  że pogoda piękna, to nic Was nie jest w stanie zmusić do wyjścia. Nas kusi jeszcze basen za oknem i korty tenisowe wzdychają z niedaleka.
Ale myliłby się ten, kto by przypuszczał, że w domu mamy święty spokój. W zasadzie ciągle coś się dzieje.

Rano

Przychodzi nasza sprzątaczka, Pudża. Pudża w sumie nie przychodzi, a wkracza do mieszkania. Z podniesioną wyniośle głową, przemierza duży pokój, kierując się do kuchni. Nie odpowiada na nasze nieśmiałe „Hello”. Nie traci czasu na głupstwa. Pudża świadczy nam swoje usługi, a my czujemy się w obowiązku z nich korzystać. Gdy tylko się wprowadziłyśmy, dostałyśmy zaproszenie od spółdzielni mieszkaniowej. Trzyosobowy zarząd uścisnął nam dłonie, informując, co następuje: 
  1. Trzeba mieć sprzątaczkę
  2.  Kucharz też by się przydał
  3.  Drzwi należy otwierać, będąc ubraną, od stóp do głów, bo mężczyźni w Indiach łatwo tracą panowanie nad sobą (cyt. „loose their temper”)

Te trzy rady nieco nas poruszyły i zbuntowały. Jakim prawem, ktoś nam mówi, co trzeba i jeszcze wtrąca się do naszej codzienności? Wiedziałyśmy też, że trzecia rada oparta była na „życzliwych”, sąsiedzkich obserwacjach – dotąd otwierałyśmy drzwi w piżamach, podomkach bądź w ręcznikach.
Ale wróćmy do dwóch pierwszych zaleceń – wówczas wydały nam się dziwne, dziś już wiemy, że kluczem do nich są kasty. O podziałach społecznych nie mówi się tu głośno. Pamiętam, jak zaraz po przyjeździe wypytywałam o nie swoich współpracowników. Niewiele się wtedy dowiedziałam, bo nikt wprost nie chce przyznać, że kasty są. Mumbajczycy aspirują do nowoczesności, a podziały społeczne nijak do nich nie pasują. W konsekwencji ustalony porządek istnieje, ale nikt głośno o nim nie mówi. Te niepisane zasady sprawiają, że w tym wielowyznaniowym państwie zamieszkiwanym przez ponad bilion ludzi stosunkowo rzadko mają miejsce wewnętrzne konflikty. Każdy zna tu swoje miejsce albo niemal każdy...

W konsekwencji Hindusi z wyższych kast czują się w obowiązku zapewniać pracę, tym z niższych. A ci z niższych wymagają od tych z wyższych odpowiedniego traktowania. W moim biurze podczas ważnych spotkań czy konferencji, wszyscy milkną, gdy do sali wchodzi chłopak z tacą, pytając głośno, wręcz ostentacyjnie: „Dla kogo kawa? A dla kogo herbata?”. W końcu to jego praca, więc daje się mu przestrzeń, by tę pracę mógł wykonywać. Moi koledzy i koleżanki, nawet ci, których płace są na stosunkowo niskim poziomie, mają kucharzy i sprzątaczki. Nie wykonują żadnych domowych obowiązków samodzielnie. Nawet nie ścielą łóżka.  Jest to źle widziane. Jeden z moich kolegów opowiadał mi, że gdy wyjechał na kontrakt do Europy, przeżył szok. Nie potrafił się pogodzić z nowym, trybem życia, zaś na wynajęcie obsługi nie bardzo było go stać. Bo o tym też trzeba wspomnieć, że wynagrodzenia sprzątaczek są tu bardzo niskie.    
Ale wróćmy do naszego dnia spędzanego w domu… Cykl wizyt dopiero się zaczyna.

Przed południem

Pukanie do drzwi – mężczyźni w uniformach przychodzą zabrać śmieci. Przykry obowiązek pozbywania się odpadków, mamy z głowy. W ramach wynajmu mieszkania.

Po południu

Zakupy… Bez wychodzenia z domu za darmo panowie z pobliskich sklepów dostarczają nam artykuły spożywcze i chemiczne. Zamówienie zawsze kosztuje nas trochę nerwów – Indian English ze swoją specyficzną wymową wciąż wydaje nam się wymagający.
Obiad… Znów bez dodatkowych kosztów mamy dostawę do domu. Po namyśle nie zdecydowałyśmy się na kucharza, ale często korzystamy z dostępnych usług kulinarnych. Za kilka polskich złotych zamawiamy kilkudaniowy posiłek dostarczany w metalowym czworaku. Niestety dań się nie wybiera – cała okolica je to, co akurat jest w osiedlowej garkuchni dostępne. Po posiłku wystawia się pojemniki za drzwi. Nad ranem znikają.

I wzdęcie gotowe :)

Wieczór

Wieczorami odwiedza nas wąsaty pan od prasowania. Pakuje pogniecioną odzież do reklamówki, by wrócić z odprasowanymi ubraniami za dwa dni. Kasuje 5 rupii od sztuki. Wygodne.
Na koniec wizytę składa nam pan z przekąskami. Sprzedaje popcorn, chrupki i smażone w głębokim oleju smakołyki.

Życie jest tu proste. Nie trzeba wychodzić z domu, ale trzeba pamiętać o jednym - należy otwierać drzwi. Pewnego razu zmęczone tłumem ludzi, z którymi musimy mieć kontakt, choć nie zawsze chcemy, wyłączyłyśmy dzwonek (jest taka opcja!). Szybko odwiedził nas komitet spółdzielczy – „Co się z Wami dzieje? Czemu nie wyrzucacie śmieci?” 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

I don't want your fucking massage!

Wróciłyśmy z Tajlandii. Byłyśmy tam kilka lat temu, ale wówczas wrażenia miałyśmy zgoła inne. Nie podobało nam się. Czułyśmy się, jak chodzące portfele. Będąc w Bangkoku, zewsząd słyszałyśmy przeciągłe „masaaaage, lady, maaaasage…”, co denerwowało do tego stopnia, że rozważałyśmy nawet zakup koszulek dostępnych na każdym rogu z napisem „I don’t want your fucking massage”.
Po kilku dniach wałęsania się po Bangkoku, myśl o zakupie takiej koszulki nie opuszczała

Ciągle nas na coś naciągano, ciągle trzeba było się targować i mieć oczy z tyłu głowy. Gdy pojechałyśmy na południe, nie było wcale milej. Zdarzało się, że autobusy nie zatrzymywały się, a ich kierowcy krzyczeli do nas „Take a taxi”. Zdarzały się też sytuacje, co najmniej dziwne, kiedy czułyśmy się ofiarami nacjonalistycznej nietolerancji czy czegoś w tym rodzaju. Pytając przechodniów o drogę, byłyśmy instruowane, by iść w odwrotnym kierunku niż wskazywał zdrowy rozsądek i mapa. W zwykły dzień tygodnia, wmawiano nam, że pałace, świątynie i inne przybytki godne turystycznej uwagi, są zamknięte ze względu na Buddha Day. Zawsze okazywało się to nieprawdą… Bywało, że będąc pasażerkami pustych minibusów przewożących nas z miasta do miasta, byłyśmy zmuszone siedzieć na siedzeniach na końcu pojazdu, wyznaczonych przez kierowcę. Gdy próbowałyśmy te miejsca zmieniać na nieco wygodniejsze, chcąc nie chcąc, nieco bliższe fotela kierowcy, ten zatrzymywał się, wrzeszcząc łamaną angielszczyzną, że mamy wracać na koniec, bo dalej nie pojedzie. Zastanawiałyśmy się nawet, czy nasze ciała wydają jakiś nieprzyjemny zapach. Pocieszałyśmy się też podczas takich sytuacji nieznajomością tajskiego. Chociaż nie robiło nam się przykro tak często, jak mogłoby… Niejednokrotnie przypominałyśmy sobie wówczas słowa naszej koleżanki, mieszkającej w Chinach i mówiącej językiem lokalsów, że niemal codziennie słyszy pod swoi adresem niewybredne: „biała małpa”. Na koniec pobytu okradziono nas. Okazało się, że bagaże wrzucone do luku bagażowego podczas przejazdu z Phuketu do Bangkoku, zostały wypakowane, przeszukane, pozbawione przedmiotów o jakiejkolwiek wartości i ponownie spakowane. Gdy zgłosiłyśmy straty na policji, usłyszałyśmy na odchodne: „Chociaż wiecie, którymi autobusami już nie jeździć.”

Tym razem kilkunastodniowy wyjazd sprawił, że nasza opinia o Tajlandii całkowicie się zmieniła. Uznałyśmy ją za przyjazny, piękny, czysty kraj, otwarty na nowoczesne, designerskie rozwiązania, w którym króluje przepyszna kuchnia. Nagle definicja Tajlandii jako „krainy uśmiechu”, którą dotąd poddawałyśmy w wątpliwość, zyskała nową jakość. Po raz kolejny też uświadomiłyśmy sobie, jak wiele zależy, od tzw. punktu siedzenia… Z perspektywy Mumbaju, Bangkok jest ekskluzywną, nowoczesną metropolią, wychodzącą naprzeciw potrzebom mieszkańców i turystów.

Transport
W Mumbaju, gdy wsiadasz do taksówki, musisz mieć wiele rzeczy na uwadze. Począwszy od swojego bezpieczeństwa, na czasie i kasie kończąc. Krótko mówiąc, nie wiadomo, czy, za ile i gdzie ewentualnie dojedziesz. W Bangkoku wsiadasz, jedziesz, wysiadasz…
W Mumbaju masz do dyspozycji kolej miejską, ale trzeba być odważnym i zwinnym niczym Tarzan, żeby wyjść z podróży cało i z uśmiechem. Mi to się na razie nie udaje i zwykle, przejażdżkę kończę, stojąc już bezpiecznie na peronie i wykrzykując w kierunku ludzi zapełniających wagony „Are you crazy?!”. Ci ludzie jeszcze przed chwilą parli na mnie siłą swych ciał, nie pozwalali wysiąść uwieszeni na wagonach niczym bombki na brzydkiej choince. Dodam tylko, że kolej nie ma drzwi. Podróżuje nią 4 mln ludzi dziennie… O klimatyzacji nikt tu nie słyszał.
W Bangkoku  jest śliczna, czysta, zadbana kolej BTS. Wsiadasz i wysiadasz, o nikogo się przy okazji nie ocierając. Jeszcze metro tu mają, ale w Mumbaju to słowo nie ma swego desygnatu…

Mumbaj: Are you crazy?

Zakupy
W Mumbaju, jeśli jesteś kobietą, nie kupisz sobie szpilek czy butów na obcasie ot tak. Jest mnóstwo sklepów, stoisk, targowisk, rynków, ale z japonkami i różnego rodzaju klapkami. O inne obuwie trudno, chyba że wybierzesz się z porządnie wypchanym portfelem do jedynego porządnego centrum handlowego w mieście – Phoenixa. Tu się chodzi jak po muzeum, z nabożnością. Wszystko jest – Burberry, Zegna, Armani, ale dla większości mumbajczyków ceny oscylują na poziomie kosmicznym. Bluzki, sukienki, płaszcza też sobie nie kupisz w byle sklepie, choć sklepów są tysiące... Za to sari nabędziesz niemal na każdym rogu ulicy.
 W Bangkoku wychodzisz na ulicę, wybierasz, przebierasz i kupujesz. A jeśli nie znajdujesz tego, co ci potrzebne, jedziesz na weekendowy rynek Chatuchak. Ceny są wypisane, czarno na białym. Możesz próbować się targować, ale nie jest to już tak mile widziane jak niegdyś. Informację „Fixed price”spotkać można coraz częściej. Na Chatuchak gubisz się pośród setek stoisk, ale po kilku godzinach wychodzisz z siatami designerskich ciuchów i butów. Młodzi projektanci sprzedają tu swoje dzieła za równowartość 20-25 pln. Wiele z nich zdaje się być bezpośrednią inspiracją mody propagowanej przez Roberta Kupisza. Z jego metką to samo nabędziesz w Polsce, ale za równowartość co najmniej kilkuset złotych.    

Bangkok: Jedno z setek designerskich stoisk na Chatuchaku

Turystyka
Będąc w Mumbaju, musisz się nieźle nagłowić, żeby zorganizować sobie dzień w mieście bądź poza nim. Nie ma biur podróży, proponujących wyjazd na wyspy, na plaże czy do parku rozrywki – choć wszystkie te miejsca są i można by było ułatwić do nich dostęp turystom i zmęczonym wiecznym gwarem mieszkańcom.
W Bangkoku znów jest łatwiej. Miasto wychodzi do Ciebie ze swą ofertą. W turystycznych lokalizacjach – przy Khao San czy Sukhumwit nie musisz się nawet rozglądać, żeby znaleźć propozycje zwiedzania miasta bądź okolic. Kilka lat temu można było spotkać na ulicach wielu oszustów, proponujących atrakcje za grosze. Teraz ceny są wszędzie na podobnym poziomie, wypisane w cennikach. Można zwiedzać i odpoczywać bez walki i stresu.

Tajlandia: Dostęp do zróżnicowanych form wypoczynku jest łatwy...
tani...


i przyjemny.


Kuchnia
Jeśli kocha się kuchnię indyjską, to jest w Mumbaju, w czym wybierać. Jeśli ma się ochotę na coś innego, to trudno o odmianę. A jeśli już się znajdzie restaurację, której menu wydaje się proponować włoskie, japońskie, francuskie przysmaki, to weryfikacja często bywa rozczarowująca. Spaghetti, jakby się nie nazywało, z reguły smakuje podobnie – pikantnie. Na ponad 10.000 restauracji i knajp, te serwujące sushi można policzyć na palcach jednej ręki. Jak już się w takiej zasiądzie do posiłku i spojrzy na ryżowe ugniotki na ostro, pojawia się małe, ale jednak, poczucie rozczarowania.
I w tej dziedzinie Bangkok okazuje się przyjaźniejszy. Dostęp do światowej kuchni jest. Ceny niewygórowane. Smak dań zgodny z oczekiwaniami. Zabawne, bo mimo tego, że cenimy kuchnię tajską, to większość posiłków spożywałyśmy we włoskich bądź japońskich restauracjach. Dopada nas tęsknota? Szybko.  

Bangkok: Nieumalowane, niewyspane, ale sushi jest!


Otoczenie
W Mumbaju jest brudno i śmierdzi. Gdy słyszałam podobne opinie od znajomych przed przeprowadzką, niemal się na nich obrażałam. Przez pierwsze miesiące rzeczywiście nie czułyśmy słodkiego odoru śmieci, który teraz towarzyszy nam na co dzień. Być może to kwestia pory roku. Przyjechałyśmy tu przed monsunem. Powietrze było suche i skwarne. Nie chciało się też dostrzec zwałów odpadków na ulicach. W słońcu wyglądały jakoś tak kolorowo i pogodnie. Gdy codziennie zaczęło padać, nie dość, że zrobiło się szaro, to odruch chwytania się za nos stał się natarczywy - coraz trudniej nam go opanować. W jakiejś książce wyczytałyśmy, że Indusi mają swojego boga od śmieci. Wierzą, że gdy nabrudzą, on posprząta. Ale jakoś nie sprząta.     
W Bangkoku, mimo że nie jest tak higieniczny jak Singapur, jest czysto i odorów brak. To poczułyśmy i zauważyłyśmy od razu po tym, gdy znalazłyśmy się na lotnisku. Wizyta na ulicy była jeszcze milszą niespodzianką – niemal brak ludzi, o których można się potknąć, bo akurat śpią. Chodniki bez dziur czy wyrw. Płyty chodnikowe całe, widoczne, bez zalegających odpadków. Raj!


Brak tłumów
Mumbaj powinno się polecać ludziom, którym brakuje dotyku drugiego człowieka. Tu można się ocierać do woli. Wszędzie znajdzie się tłum gotowy do kontaktu fizycznego. A dodatkowym plusem dla niektórych może być uwaga, jaką się zyskuje dzięki barwie swojej skóry. 100% uwagi i dotyku za darmo tylko w Mumbaju! Pobyt tu sprawia, że szybko można zrozumieć gwiazdy, o których czyta się, że nie chcą wychodzić na ulice i mieć kontaktu z otoczeniem. Po dziesiątym zdjęciu z przypadkowym przechodniem, uśmiech zaczyna przygasać.
W Bangkoku horror pod tym względem. Nikt nie patrzy. Nikogo nic nie obchodzi. Na nic się zdaje biała skóra….

Bangkok: Ani jednego człowieka w tle!

 Wyliczać mogłabym bez końca. Lista ta może wydać się pretensjonalna i tworzona z perspektywy zmanierowanych expatek. Jednak im więcej rozmawiam z obytymi Indusami, a takich czasem spotykamy, tym bardziej utwierdzamy się w tym, że ich potrzeby są podobne do naszych. Też chcą mieć jeansy, przejechać się bez stresu taksówką i czasem zjeść coś innego niż curry. Wraz z ich potrzebami zmienia się miasto, a w konsekwencji cały kraj. Chyba jest to nieuniknione.

Ten proces przeszła bądź przechodzi właśnie Tajlandia, która przeszła transformację w ciągu kilku lat. Ewidentnie stała się bardziej cywilizowana w naszym europejskim rozumieniu. Jednocześnie nietrudno zauważyć, że traci powoli swój egzotyczny charakter. Coś za coś?

niedziela, 30 czerwca 2013

Bez cukru...Mumbaj bez różowych okularów

   Dotąd nasz blog był cukierkowy. Nie chciałyśmy skupiać się na tym, co oczywiste. Bo przecież każdy Polak wie, że Indie to bieda. W Mumbaju się od niej nie ucieknie.

Dzień jak co dzień

Foliowe nakrycia maja chronic przed monsunem

    Na początku, gdy tu przyjechałyśmy, nie chciałam widzieć ogromu brudu i niedostatku. Patrzenie było niewygodne. Gdy się widzi, trzeba zareagować… Najgorszy był wstyd, który czułam, spoglądając. Miałam wrażenie, że mi nie wypada gapić się ot tak, bo jestem z tego lepszego świata, bo to „lepiej” tworzy niewidzialną granicę, szybę.  



Stoisko zegarmistrza jest otwarte niemal non stop


    Potem było przywykanie i rozmowy z tubylcami. Niewiele jeszcze wiemy o kastach, ale wiemy, że ci mieszkający w pałatkach są z tych najniższych. Ponoć wielu z nich przybywa ze wsi. Gdy tu zaadaptują sobie metr kwadratowy na ulicy, jest im lepiej niż tam, skąd przyjechali.







    Co dzień do Mumbaju przyjeżdża ponoć około pięciu tysięcy takich mieszkańców. Tak mówią w mojej firmie zajmującej się statystyką... Kto wie, jak jest naprawdę…



Chodzenie po chodnikach, gdy są, bywa slalomem





    W każdym razie z upływem tygodni nauczyłyśmy się patrzeć. Pewnie nieraz spoglądaliście ludziom w okna, wyobrażając sobie, jak żyją, co robią. Tu nie ma okien. Rzadko są drzwi. Życie toczy się na ulicy. Ilekroć jadę do pracy, mijam setki chatek zbudowanych ze śmieci. Rano widzę ludzi stojących na ich skraju, myjących zęby, załatwiających swoje potrzeby do studzienek, rozpalających małe ogniska niezbędne do przygotowania śniadania. Gdy wracam, na tej samej ulicy życie toczy się dalej. Ci sami ludzie na tym samym skrawku swej codzienności dobijają targów, wychowują dzieci, spotykają się ze znajomymi. Dzień jak co dzień – zwykła rzeczywistość, skupiona w soczewce, na niewielkiej powierzchni, w zaduchu, brudzie i smrodzie. Mimo wszystko bardzo podobna do tej, która dzieje się w apartamentowcach, blokach, typowych mieszkaniach.




     Nasz bliższy kontakt z tym światem miał miejsce pewnej niedzieli, gdy wybrałyśmy się do dzielnicy chatek. Nie z ciekawości, raczej z potrzeby. W naszej okolicy restauracje są dwie. Niestety (dla nas) dania wyłącznie wegetariańskie i bardzo ostre. Wśród chatek wypatrzyłyśmy niegdyś napis „Chinese corner” i wyobraziłyśmy sobie, że musi się za tą obietnicą kryć chociaż kurczak w sosie słodko-kwaśnym. 



     W knajpie jadałyśmy codziennie, aż nam w końcu zbrzydło. Właściciel dotąd cieszy się, gdy wpadamy od czasu do czasu. Jego sąsiedzi patrzą z zaciekawieniem, czasem z rozbawieniem, podrostki przybiegają pogapić się nam w dekolty. Dalej jest brzydko i biednie, ale ten świat jest już trochę przez nas oswojony, trochę nasz.     





Widok z naszej knajpy


Typowy mumbajski krajobraz

W drodze na rynek

Ponoć co drugie auto w Mumbaju to taksówka.





Widok z taksówki... Przemawiający do wyobraźni znak ostrzegawczy na ciężarówce przed nami.

Sklepiki...




Nie wiem, co tu napisać.

Życie...

Siesta sprzedawców

Ps. Wybaczcie brak zdjęć z nami, ale ciągle nie mamy odwagi ustawiać się "na tle"... Chyba bierze się to ze strachu, żeby nie obrazić.






piątek, 7 czerwca 2013

Sprzedajemy się!

Lea jako maskotka przy samochodzie-prezencie
Wciąż zabieram się do napisania o naszej codzienności, ale zawsze mam tę samą wątpliwość – czy to kogoś zainteresuje? W związku z tym będzie o naszych weekendowych wieczorach, bo jednak imprezy wydają się zawsze ciekawsze. Jak impreza, to szał i rozpusta. Przynajmniej dotąd miałam takie skojarzenia… 
Przygotowania. Będzie szał!


Pewnego razu zadzwonił telefon. Dostałyśmy zaproszenie na wesele od nieznanej nam osoby. Ucieszyłyśmy się, mając nadzieję, że łykniemy trochę indyjskiej kultury… Okazało się potem, że kobieta, która nas znalazła jest Turczynką i zajmuje się organizowaniem gości z zagranicy na uroczystości weselne. Za pieniądze. Juhuuu!

Wchodzimy... W tle scena zbudowana scepcjalnie na to konkretne wesele...

W Polsce chyba nikt by na to nie wpadł, żeby zaprosić nieznanych cudzoziemców na wesele i jeszcze zapłacić im za obecność. Tu jest to dość popularne i kręci się wokół tego niezły biznes.
Teraz już jesteśmy doświadczone i wiemy, że praca jest różnorodna i lepiej, jednak wybrać opcję, w której ma się jakieś zadanie. Bo opcja pierwsza to stanie i patrzenie, ewentualne uśmiechy rozsyła się gratis. Druga opcja to chodzenie za kelnerami noszącymi tace z napojami i proponowanie ich innym gościom. Trzecia zaś to bycie podawaczem talerzy – stoi się dzielnie przy stanowisku z plastikową zastawą (tu z plastików jada się też w domach), następnie bierze się talerz z rąk kelnera i podaje podchodzącym.   

Praca wygląda tak, że Pan w białych rękawiczkach podaje talerz Lei, a Lea już bez rękawiczek wręcza go gościom...
Na początku myślałyśmy sobie, że świetnie postać i się poprzyglądać kolorowemu tłumowi. Człowiek się nie narobi, a co zobaczy to jego. I rzeczywiście pierwsze godziny są oszałamiające dla zmysłów, ale kolejne stają się nie do zniesienia dla ciała. W końcu nie ma co się oszukiwać – panie w naszym wieku powinny szanować swoje kręgosłupy…



Zatem teraz wolimy działać, co na początku, gdy wkraczałyśmy w świat tego wielkiego biznesu, powiedzmy sobie szczerze, wydawało nam się nieco uwłaczające. No, bo co innego stać i udawać VIPa, który nic nie musi, a co innego podawać talerze czy zapraszać do poczęstunku. Okazało się, że jak zwykle w Indiach nasze wyobrażenia sobie, a życie sobie… I jednak lepiej nie być VIPem, bo nie dość, że plecy bolą, to i rozrywki mniej… A rozrywką są interakcje - podanie talerza może być ich świetnym początkiem.  

Dziewczynka przyszła dać kwiaty i się pofotografować

Z kobiecym klanem...
Przerwa na toaletę. Toalet nie widać, więc są brzydkie i śmierdzące.
Sukienki szyte na 13latki dano nam jako strój do pracy. Piękne i szykowne!

Śluby są tu specyficzne. Możemy wypowiadać się jedynie o uroczystościach w stanie Maharashtra, w którym znajduje się Mumbaj, bo tylko tu sprzedajemy swoje usługi. Zasada zastaw się, a postaw się rządzi. Gości liczy się w setkach bądź tysiącach. Na ostatniej imprezie, na której byłyśmy, podałyśmy dwa tysiące talerzy! I wiemy to z całkowitą pewnością, bo każdy talerz jest liczony - kosztuje parę młodą 1000 rupii (czyli nasze 60-70 pln), płatne po imprezie firmie cateringowej. Gość dostaje talerz przy wejściu na teren wesela i rusza na jarmark, składający się z niezliczonych stołów z różnorodnymi potrawami. Święto to trwa zwykle od 19-tej, uwaga – do 23ej! Na imprezach, na których zdarzyło nam się bywać, koło północy zostawałyśmy już tylko my, polujące na smakołyki i biegające wokół stołów. Wokół nas krążyła zaś obsługa sprzątająca wielkie pole śmieci… Jeszcze tylko dodam, że alkoholu na weselach się nie pija, chyba, że to ślub katolików, a na takim jeszcze nas nie było...
Dziewczynki zapraszały nas na swoje wesele. My na to "Kiedy???", "Za 10 lat."

Jako że pogoda dopisuje tu przez trzy czwarte roku nie ma potrzeby wynajmowania lokali. Goście bawią się na zagospodarowanej i ogrodzonej przestrzeni. Mogą sobie tańczyć, pluć i rzucać śmieci, gdzie popadnie. Zwykle jest scena zarezerwowana dla wynajętych artystów. Jest również podwyższenie, na którym można spotkać parę młodą. I kilka innych scen, na których są różne atrakcje – na jednym z ostatnich wesel – samochód będący prezentem dla pary młodej stał na jednym z podwyższeń. 
Wynajęcie kranu kamerowego to równowartość co najmniej kilkunastu tysięcy PLN...Kropla w morzu.
Scenografia jest zwykle oszałamiająca. Podobnie – efekty specjalne. Fajerwerkowy show niczym na sylwestra na Trafalgar Square to niemal standard. Ostatnio zdarzyło nam się widzieć parę młodą wyłaniającą się z wielkiego kwiatu lotosu, opuszczanego z gracją na scenę.
Krojenie tortu


Dzielenie się tortem - tradycją jest, że nie jada się go samodzielnie, tylko częstuje się nim wszystkim naokoło. Zabawa!




 

 
Wszystko pięknie do momentu, kiedy się nie wie, co kryje się za tą pięknie przyozdobioną uroczystością. Gdy tylko mam okazję, wypytuję koleżanki w pracy o jej mężów, o miłość, o dzieci. I zwykle słyszę podobną historię – że męża znaleźli jej rodzicie…

 
Para młoda na tle swej nowej Skody

Poszukiwania bywają długotrwałe i ponoć zawsze do kręgu potencjalnych zięciów zalicza się jedynie mężczyzn z własnej kasty. Istnieje tu instytucja swatki, do której zgłaszają się rodzice dziewczyny, gdy mają problem ze znalezieniem wymarzonego kandydata. Ponoć w niektórych rodzinach dopuszcza się do zdania dziewczynę przed wydaniem jej za mąż. Gdy mężczyzna się jej bądź jej rodzicom nie spodoba, zwykle nie wyjawia się tej przykrej prawdy wprost – swatka ogłasza, że horoskopy młodych do siebie nie pasują i poszukiwania są wznawiane. Gdy zaś wszystko się uda, czyli rodzicie młodych dogadają się co do majątku, a co najważniejsze do posagu, który wniesie do nowej rodziny dziewczyna, organizuje się ślub. Przeważnie płacą za niego rodzice panny młodej. A potem… "Miłość przychodzi z czasem" - mówią mi moje koleżanki. A ja sobie myślę, że pewnie gorzej, gdy nie przychodzi… Zresztą, wyobrażam sobie, że przyjść jej nie jest łatwo, bo jak każe tradycja, para młoda zamieszkuje po ślubie z rodzicami męża i żyje z nimi przez kolejne lata. Z upływem czasu do grona mieszkańców dołączają dzieci, bo je trzeba mieć… A wraz z dziećmi pojawia się w domu całodobowa niania, mająca swe posłanie w kuchni bądź na kanapie w dużym pokoju. 


 

środa, 22 maja 2013

A miałam być sexbombą...

Lalunia... z nieco kościotrupim ramieniem

Kolejny dzień na planie. Tym razem reklama Axe
Pobudka o 6-tej, dotarcie na plan zdjęciowy 8:00, czyli godzina w podróży – świetnie, jak na Mumbaj! W 22-milionowym mieście przemieszczanie się jest nie lada wyzwaniem.
    Zaczęło się od przymiarki stroju. Zaprowadzono mnie do wielkiego hangaru. Część scenografii była już gotowa. Całość robiła wrażenie cukierkowej wersji realiów wyjętych z „Romea i Julii“.
Gdzie nie spojrzeć – pracownicy, pomocnicy i ludzie od wszystkiego. Każdy ważny, bo ma swoje, specjalistyczne zajęcie, na którym się zna najlepiej – np. wycieranie luster w garderobie, omiatanie wnętrz słomianą miotłą, przynoszenie bawarki.
    W prawym rogu dostrzegłam kącik ze strojami. Jednym okiem objęłam kostiumy – jak z parady w Rio lub show w Las Vegas. Jedna z pracownic, widząc mnie, szybko podbiegła, dopytała o formalności i wręczyła „pakiet“ do przymiarki. Poszłam na zaplecze, bo tu, nikt nie przebiera się przy innych. Jest to jedna z wielu rzeczy, które różnią polski plan filmowy/reklamowy od hinduskiego.


Fragmenty scenografii

Drzwi do przyczepy-garderoby

Moje pierwsze stanowisko pracy

Tu przypiął, tam przyłatał - poprawek dokonuje się na bieżąco

Rekwizytornia



W Polsce garderoby istnieją, ale, jeśli jest taka potrzeba, to zrzucasz strój stojąc na planie. W międzyczasie dźwiękowiec bez skrępowania włoży Ci rękę do stanika, by znaleźć idealne miejsce dla mikroportu, a garderobiana usiądzie w kroku, bo właśnie trzeba zacerować majtki. Tu inna bajka. Garderobiana zamyka oczy, odwraca się lub wychodzi, gdy podnosisz koszulkę do góry. Twoje koleżanki krzyczą zaś, gdy ktoś przez przypadek wchodzi do pomieszczenia, w którym zmieniają stroje, no bo przecież są w samych rajstopach. Dźwięk kobietom przypinają jedynie kobiety; bardzo delikatnie i uważając, by przypadkiem, nie musnąć piersi. Czasem te wszystkie zabiegi śmieszą, ale zdarza się, że irytują. Przez te zabawy „bułkę przez bibułkę“ traci się masę czasu. W naszym pięknym kraju golizna na planie jest czymś normalnym, tu raczej przeraża i onieśmiela, choć pewnie też na swój zawstydzony sposób podnieca. Ale nie o tym chciałam...
 Włożyłam na siebie kusy strój  - złoty stanik oraz skąpe majtki tego samego koloru. Następnie grzecznie pomaszerowałam zaprezentować się głównej garderobianej. Patrząc na moje piersi z bezcenną miną powiedziała: „We need to change it. It‘s too much“.  Myślałam, że okres świetności mojego biustu mam za sobą (wciąż z rozrzewnieniem wspominam swoje 99 cm), a tu proszę „It‘s too much“. Cudownie. Poczułam się niczym sex-bomba. Hinduska zaczęła mi tłumaczyć, że w tutejszej telewizji nie można pokazywać za dużo. I najlepiej będzie, jeśli mi da większy stanik, by nieco ukryć moje walory. Tak też się stało.
It's too much!


This is ok.
Większy rozmiar bielizny faktycznie tonował efekt. Już nie czułam się taka piękna i ponętna :), ale mając na uwadze moje wcześniejsze doświadczenia chyba powinnam się cieszyć, że nikt nie chciał mi ich obciąć...
Zanim otrzymałam nowy strój, w skromnym wdzianku wysłano mnie na śniadanie. Forma posiłków i ich częstotliwość też jest tu inna niż na polskim planie, przynajmniej, gdy pojawiasz się na nim w roli tła. Statysta lub szczęściarz epizodysta z reguły sam zaopatruje się w słynne polskie kanapki i wodę.W Bollywood możesz liczyć na pełne wyżywienie (czyli ewentualna inwestycja w dojazd zwraca się zawsze w postaci prowiantu J). Dostajesz śniadanie, obiad, kolację, przekąski, no i napoje - od wody począwszy, na  herbacie, kawie i sokach kończąc. Wyznaczeni do tego panowie biegają po planie i uzupełniają płyny w organizmach aktorów, epizodystów i statystów. Nie czuć podziału. Czasem ekipa dostaje colę czy Red Bulla. Zawsze można też mieć zachciankę. (Przypomniało mi się, jak jedna z poznanych na planie Hindusek, młoda i szalenie sympatyczna, uczyła mnie: „Pracujesz, więc musisz jeść i pić. Proś o wszystko. Jeśli nie chcesz teraz, to zamów sobie, co chcesz i ile chcesz i weź do domu.“. Wyczułam w niej polskie geny... J). Posiłki z reguły są w formie bufetu, podczas gdy u nas, masz raczej do wyboru opcję A lub B.  Pomimo wielu możliwości, czasem trudno mi się zdecydować - część potraw jest spicy, część bardziej spicy, a reszta f...g spicy. W każdym razie jedzenia zawsze jest sporo i są owoce. No i wszyscy jedzą o tej samej porze. Nigdy nie zapomnę nieprzyjemnego uczucia, gdy w Polsce, będąc epizodystką, zostałam wyproszona z kantyny słowami: “Najpierw je EKIPA FILMOWA, potem RESZTA.”.   

Fotka na bloga

Jest też czas na romanse...

No nic, wracając do tematu. Roznegliżowana idę na śniadanie i czuję, jak ściągam wzrok za wzrokiem. Na stołówce może z dziesięć osób. Stoliki puste. Siadam w końcu przy jednym. Mijają dwie minuty i mimo że pozostałe stoliki nadal pozostają wolne, mój zapełnia się gośćmi płci męskiej. I tak w towarzystwie gapiących mi się w dekolt Hindusów spożywam kolejne nietypowe dla mnie śniadanie.
Amatorzy dekoltów ze śniadania

Poranny bufet

Mój skromny, ale z wyboru, obiad




Następnie powrót do garderoby, zamiana stanika, make up, no i fryzura. Trochę to trwało. Po ostatnim ścięciu trudno było przymocować na mojej głowie ozdobne pióra, które były dodatkiem do stroju. W końcu fryzjerka znalazła sposób. Pod włosy wsadziła zwój skarpetek i pończoch i przyczepiła całą konstrukcję. Jeszcze tylko ostatnie poprawki i buty. I gotowe. Srebro, cekiny i pióra... apoteoza kiczu.
Już prawie gotowa

Kulka pończoch już schowana

W wolnych chwilach, a jest ich sporo, można nadrobić zaległości w kontaktach


Koleżanki zza wschodniej granicy nie chciały mi zrobić fotki..."Jeszcze się tym znudzisz..."



Potem już standard. Godzina na planie, godzina czekania, godzina jedzenia, poprawa make-upu, zmiana strojów. I tak do końca. Dwanaście godzin mija, raz szybciej, raz wolniej, ale zawsze mnie cieszy. Po pracy – natychmiastowa wypłata, więc jest dodatkowa motywacja. 
Tym razem czas umilał mi młodziutki Meksykanim. Poznałam również sympatyczną tancerkę z Australii oraz kolejną grupę dziewczyn zza sąsiedniej granicy. Rosjanki nie cieszą się tu zbyt dobrą sławą, zaś spotkać można ich sporo. 
Na planie, jak zwykle wszystko toczy się bez pośpiechu, bez nerwów i krzyków, znanych mi z Polski. Obserwacja tego całego zamieszania i postaci w nie uwikłanych jest dla mnie zawsze niesamowitym i pouczającym doświadczeniem, ale o tym next time...
Nowa koleżanka, baletnica z Australii


Kolega z Meksyku